|
Kochani Dobrodzieje i Przyjaciele Misji!!!
Jak wiecie wielką słabością misjonarzy (może nie wszystkich) jest brak kontaktu listowego z Wami . Niestety ja również należę do tej grupy misjonarzy, którzy nie wiele piszą, za co chciałbym Was bardzo przeprosić. W związku z tym, ze dawno nie było o mnie znaku życia, dlatego teraz chciałbym się z wami podzielić tym, co się u mnie w ostatnim czasie wydarzyło. Nie wiem, czy wiecie, ale w miesiącu marcu i kwietniu byłem w Polsce, gdyż mój Tata bardzo poważnie zachorował (było to w marcu), a 30.03.2007 odszedł do Pana. Nie był to łatwy czas dla mnie, ani dla mojej Mamy i rodziny, ale z pomocą Bożą „przebrnęliśmy” ten czas. Chciałbym Wam podziękować za modlitwę za mojego Tate i za moja rodzinę w tym trudnym dla nas czasie. Teraz może slow kilka o tym, czym teraz żyje. Otóż od dłuższego czasu, planuje rozpocząć budowę Kościoła w jednym z naszych centrów parafialnych. Miejscowość zwie się Tanandava, w której mieści się już, co prawda mały kościółek, ale ze względu na to, ze chrześcijan przybywa, jest on już za mały. Na szczęście pomagają mi bardzo moi znajomi z Karkowa, którzy 2 razy mnie odwiedzili na Madagaskarze i którzy postarali się o planu budowy, które całkiem nie dawno otrzymałem. Kościół, który ma tam powstać, jest pod wezwaniem Jezusa Miłosiernego i myślę, ze mimo wszelkich moich słabości będę w stanie, dzięki Jego Miłosierdziu, ukończyć to dzieło na Jego cześć. Jak już napisałem, mimo wielkich moich słabość, jakoś cały czas odczuwam, ze Pan potwierdza swoja obecność w moim życiu i w mojej parafii. Jest kilka przypadków, o których chciałbym Wam teraz opowiedzieć. Otóż, któregoś razu pojawiłem się w miejskim szpitalu, gdzie odwiedzałem jednego z moich bardzo poważnie chorych parafian. Rodzina była zrozpaczona, ponieważ już od 6 dni nie odzyskał przytomności. W takiej sytuacji pomodliłem się chwile nad nim a na sam koniec udzielałem mu absolucji generalnej. Podczas udzielania tego sakramentu, chory przebudził się i zaczął, najpierw ze mną, później z rodzina, rozmawiać… Inne zdarzenie miało miejsce w mojej parafii. Poproszono mnie abym poszedł do jednego domu pomodlić się nad ciężko chora osoba. Osoba ta była już ochrzczona, ale nie modliła się wcale. Pod koniec swojego życia poprosiła o modlitwę. Poszedłem wiec, pomodliłem się z chrześcijanami, po czym zapytałem, czy nie chciałaby się wyspowiadać? Odpowiedziała, ze nie potrafi. Poprosiłem wiec katechistę, żeby ja nauczył, i jeśli tylko będzie chciała, to jutro z rana podczas Mszy Św. wyspowiadam ja i udzielę jej I Komunii. Tak tez się stało. Rano przynieśli owa kobietę do Kościoła, wyspowiadałem ją, później udzieliłem sakramentu Eucharystii… a następnego dnia odeszła do Pana. Dla ludzi i dla mnie był to wielki znak obecności Pana, bo jak się później okazało, kobieta ta od ponad 20 lat uprawiała czary, pod koniec życia jednak wróciła do Pana. „Większa radość w niebie będzie z jednego nawróconego grzesznika, niż z 99 niepotrzebujących nawrócenia” – powiedział Pan. Nie tylko w niebie aniołowie się radowali, ale wszyscy moi chrześcijanie wraz ze mną również. (Tak mówiąc na marginesie, to moi współbracia zaczęli mówić żartobliwie, ze mamy na Madagaskarze nowego cudotwórcę). Jak widzicie, Pan stawia na mojej drodze cierpiących i chorych, którym mam pomagać i jak tylko mogę, pomagam. Ale nie tylko to jest moim obowiązkiem, ponieważ w mojej parafii jest również szkoła, dom dziecka i 65 stacji dojazdowych, wiec pracy jest sporo.
Przed zbliżającymi się Świętami Bożego Narodzenia, chciałbym się z Wami podzielić jeszcze jednym doświadczeniem, które było moim udziałem. Zdarzyło się to w zeszłym roku, dokładnie w dzień Bożego Narodzenia. Tak samo jak i w Polsce tak tez i na Madagaskarze, o północy odprawiłem Pasterkę (moim prywatnym zwyczajem jest to, iż ową Msze Św. odprawiam w intencji wszystkich moich Dobrodziejów), po czym poszedłem spać. A było to już ok. 3.30 rano. Na 25 grudnia zaplanowałem Msze Św. o 10.00 rano. Tak tez się stało. Jednak 5 minut przed Msza Św. podszedł do mnie lekarz z naszego szpitalika misyjnego i powiedział, ze mamy problem, ponieważ przed kilkoma minutami przyniesiona pewna kobietę, z bardzo skomplikowanym porodem. Poszedłem wiec do szpitalika zobaczyć, co się dzieje. Zapytałem tez lekarza, czy dzieciątko jeszcze żyje? Odpowiedz była: już umarło… DZIEŃ BOŻEGO NARODZENIA!!! W wielkiej rozterce zastanawiałem się, co dalej czynić – odprawiać Msze Św., czy jechać do szpitala z chora kobieta… I tutaj znowu poradziłem się lekarza. Tym razem odpowiedz była bardziej pozytywna – Może ksiądz odprawić Mszę i zaraz po niej zawieźć chorą do szpitala. Tak tez zrobiłem, z tym tylko, że podczas Mszy znowu podszedł do mnie lekarz i powiedział, ze stan sie pogarsza. Na szczęście było to już po rozdzieleniu Komunii Św.… Zakończyłem wiec Msze i biegiem do łódki (jedyna droga do mojej misji to rzeka, dlatego napisem ze udałem się do łódki). Odległość od mojej misji do miasta to 60km, szybką łódką pokonuje ten dystans w 1, 5 godz. Jakby „przygód” było za mało, po drodze stan owej kobiety coraz bardziej się pogarszał. Nie wiedząc za bardzo, co robić, zatrzymałem łódkę i zapytałem tych, którzy ze mną i z chorą kobietą w łódce byli, czy jest ona ochrzczona, okazało się ze nie. Nie wiele się zastanawiając, nabrałem wody z rzeki i zacząłem: Ramatoa, izao manao batemy anao amin`ny anarany Ray sy ny Zanaka sy ny Fanahy Masina., tzn. Ramatoa, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna I Ducha Świętego (rzecz jasna, że był to chrzest warunkowy). Później już tylko zostało dojechać do szpitala. Dopłynęliśmy w miarę szybko, nie patrzyłem na zegarek ile czasu nam to zajęło, w każdym razie w szpitalu zajęli się owa kobieta „sprawnie”, bo ewidentnie stan był bardzo zły. Następnego dnia pojechałem do szpitala zobaczyć, jaki jest stan chorej. Rozmawiałem tylko z rodzina owej kobiety, którzy powiedzieli ze zaraz po przyjeździe do szpital, lekarze zrobili „carskie cięcie” i po operacji chora do tej pory śpi. Pobłogosławiłem tylko nowo ochrzczoną i wróciłem do domu, bo cóż więcej mógłbym zrobić? Po dwóch tygodniach na mojej misji pojawił się mąż „głównej bohaterki opowiadania”, który oznajmił mi, ze jego żona do wczoraj nie odzyskała przytomności, a dzisiaj przywieźli jej ciało do wioski… Po tym wydarzeniu przychodzą mi tylko na myśl słowa pewnej polskiej piosenkarki: Boże wiedzieć chce czy wszystko ma na pewno sens, ty jedyny wiesz, co komu z nas pisane jest…, Co może przynieść nowy dzień?
Nowy dzień może przynieść tylko nadzieje dla tych, którzy maja nadzieje. Drodzy moi Przyjaciele, w czasie tych Świąt pamiętajmy o wszystkich tych, którzy stracili nadzieje. Wiemy dobrze, że takich ludzi jest wielu. Niech nasza modlitwa w okresie Bożonarodzeniowym będzie naszą „mała orkiestra świątecznej pomocy” dla tych, którzy żyją bez nadziei. A na zbliżające się święta, życzę Wam wszystkim BOŻEGO NARODZENIA w naszych sercach, w naszych rodzinach i wszędzie tam gdzie jesteśmy codziennie posłani. Za cały Wasz trud w dziele misyjnym kościoła, w imieniu swoim i w imieniu wszystkich misjonarzy, życzę Wam, aby Bóg Wam błogosławił a anioły Was strzegły i kochały. Do spotkania modlitewnego w noc wigilijna podczas Pasterki. o. Paweł Gałła, svd Madagascar |