|
Witam ponownie, juz po swietach! Jak szybko ten czas leci! Ostatnio zorientowalem sie, ze to juz pol roku minelo od mojego przylotu na Madagaskar. Najwyzszy czas wiec na jakies zmiany. Dzis 1 kwietnia. Normalnie tego dnia robi sie kawaly, by przyprawic o troche radosci. A tu kilku wspolbraci, w tym i ja, otrzymalo nowe nominacje. Wczoraj zartowalem z naszym przelozonym, ze mamy nadzieje, ze wieczorem wyjasni, ze to “Prima aprilis” i odwola te otrzymane przez nas “karteczki”. No ale jak sie okazuje nic sie na to nie zanosi. Dzis ostatni raz obraduje stara rada regionalna, jutro mamy male rekolekcje i potem wspolne spotkanie z przekazaniem nowej wladzy. Tak naprawde to nie ma duzych zmian. Regionalem (naszym szefem tu na MAD) pozostaje ta sama osoba, a trzyosobowa rada regionalna zostala powiekszona o 2 wspolbraci. To rozszerzenie z tego powodu powodu, ze i my, jako werbisci otwieramy sie na inne regiony wyspy. “Ofiara” tego jestem i ja sam.
W niedziele (06 kwietnia), po wszelkich spotkaniach, wraz z Regionalem, Zdzichem Gradem (ktory w radzie pozostal) i Louisem (moim nowym proboszczem), jedziemy do Ambatondrazaka. Tam mam pracowac wlasnie z Louisem. Jedziemy by dogadac z biskupem wszelkie szczegoly naszej wstepnej misji. Jest sporo niewiadomych. W ogole jeszcze tam nie bylem, bo to region polnocny. Do stolicy z Mananjary mamy 600km, a do Ambatondrazaka jeszcze prawie 300km. Podobno to stolica “ryzu” – spichlerz Madagaskaru. Klimat podobno suchy i malo opadow w porownaniu z Mananjary.
Jak juz wspominalem najwieksze dla mnie niewiadome, zwiazane sa z funkcja ktora mam objac. Tamtejszy biskup chce organizowac radio. Chcial do tego werbiste, a nasi przelozeni stwierdzili, ze sobie poradze! No fajnie, dzieki serdeczne za zaufanie! Tylko teraz bede musial gdzies na boku sie douczac, bo wyksztalcenie techniczne w profilu “obrobka skrawaniem” i “teologia” moga w tej branzy nie wystarczec. Jak juz jednak komus pisalem, to w SVD przychodza czesto takie chwile, ktore zaskakuja. Ale lepiej poczekac na rozmowy i szczegoly. “Mora, mora Vazaha!” jak to mowia tutejsi (Powoli, powoli, Obcokrajowcu!). Wszystko z czasem sie wyjasni ... mam taka nadzieje!
Przykre wydarzenia
Ostatnio otrzymalem wiesci bardzo smutne z naszej wioski Bielice. Mial miejsce tragiczny wypadek, ktorego ofiara stala sie przyjaciolka mojej siostry. Wspominalem o tym w ostatnim liscie. Powrocilem do Mahavok przed swietami i nie wiedzialem jaki dalej byl jej stan. Jak sie spodziewano, zmarla, bo to byl bardzo powazny przypadek. Mozg zostal uszkodzony i w konsekwencji Gosia zmarla. Dopiero dowiedzialem sie o tym po swietach. Przed Triduum Paschalnym odwozilem Sibiego (mego proboszcza) do pewnej miejscowosci, skad udawal sie dalej na pieszo, by dotrzec na dni swiateczne do dwoch znacznych miejscowosci polozonych w polnocnej czesci naszego dystryktu. Byl deszczowy dzien, a droga do Vohitrandrina wyjatkowa. Czesto uzywalismy napedu 4x4 coby moc przebrnac przez te blota. Nadal trwa pora deszczowa i nie macie pojecia, jak ona zmienia nasze drogi. Taka jazda to zawsze pewne wyzwanie, wiec staram sie uwazac, by nie forsowac auta, ani zbytnio nie ryzykowac szczegolnie w trudnych miejscach (mosty, mostki).
Podjezdajac do ostatniej miejscowosci zgasl nam silnik na trudnym zakrecie (ostry podjazd) i tam juz najadlem sie strachu, bo hamulec szybko nie zadzialal i cofnelismy sie o 1m do tylu, co w tej sytuacji nie bylo niczym dobrym, bo po obu stronach kanaly. Ponownie uzycie 4x4 i wgramolilsmy sie w koncu na szczyt rozpoczynajacy miejscowosc. Mielismy dojechac az do miejscowosci Fenoarivo, ale widzac stan drog i niesprzyjajaca pogode, zapadla decyzja, ze dalej nie ma sensu forsowac auta. I tak Siby w towarzystwie jednego z naszych klerykow udal sie dalej na pieszo, a my z o. Jozefem powracalismy do Mahavok. Nie minelo jednak 15 minut, jak ... znalazlem sie w kanale. Do teraz nie wiem, jak to sie moglo stac. Zjezdzalismy z tego wzgorza, na ktorym byly problem z wjazdem. Nie powiem zjazd byl szeroki i wysypany kamieniami, ktore umozliwiaja lepsza jazde. I tak w polowie tego zjazdu, znalazlem sie lekko po lewej stronie, na ktorej braklo troche tych kamieni. Chcialem odbic troche do srodka, ale jak sie okazalo ... bylo juz za pozno.
Samochod po prostu powoli sunal do przodu, a wlasciwie to bardzo powoli sciagalo go w lewa strone. To bylo bardzo glupie uczucie bezradnosci i z kazdym ulamkiem sekundy zdawalem sobie sprawe, ze skonczymy w dosc sporym kanale (taki glebszy row). O. Jozef w pewnym momencie krzyknal do mnie po imieniu, ale to juz bylo ze 3 sekundy po tym, jak auto zeslizgiwalo sie powoli. Ostatecznie boczne kola zeslizgnely sie nagle do tego rowu, auto sie przechylilo i uderzylismy znaczna sila calym bokiem o skarpe z ziemi. Zgasl silnik i samochod zatrzymal sie gwaltownie. Cos nam nagle wpadlo do srodka przez otwarte okno.
Jak sie okazalo ... bylo to boczne lusterko. No nie powiem zebym byl zadowolony. To byl moj glupi blad, bo droga dosyc szeroka, ale jak nie przewidzialem tej mozliwosci to nie wiem. Nic nikomu sie nie stalo. Wysiedlismy z naszej biednej toyotki i pierwsze co pomyslalem, to kto nas stamtad wyciagnie. W nastepny dzien mialem isc na piechote do innego miesjca dystryktu, a Jozef samochodem w jeszcze inne miejsce. Jak troche emocje opadly zaczelismy ogladac teren w wszystkich stron. Auto bylo przyklejone do sciany i przechylone o jakies 40°. Jesliby odkopac je od sciany moze dalo by sie powoli zjechac tak tym kanalem i wydostac nieco ponizej, gdzie konczyl sie ten podjazd.
Mielismy jeden malgaski szpadelek, drugi pozyczyli przechodnie i rozpoczela sie ostra praca. Ostatecznie udalo sie nam odkopac auto o 20 cm na calej dlugosci. Na szczescie auto nie obsuwalo sie wiecej i powoli, scinajac jeszcze w kilku miejscach skarpe, udalo sie nam wyjechac na droge. No niestety, na prawie calej dlugosci obu drzwi i nadkola byly, a raczej sa do teraz, mniejsze i wieksze wgniecenia oraz rysy. Ostatecznie to dobrze, ze byla tam ta skarpa, bo jak nie, to moglibysmy wyladowac znacznie nizej. Niemniej z bolem serca patrzylem na wynik mojego “zjazdu”, tym bardziej, ze niedawo auto bylo w garazu i malowane byly niektore jego partie. “No coz ... - jak stwierdzil o.Jozef – “kolejne doswiadczenie ...”.
Fakt, ze tego dnia w mej glowie bylo sporo rzeczy: przygotowania do wyprawy swiatecznej, zwiazane z tym trudnosci i sporo myslalem o biednej Gosi i jej rodzinie. Nie wiem akurat czy to wszystko moglo byc przyczyna mej nieuwagi. Moze troche odetchnalem, bo to byl juz powrot i ... nie ma co za wiele juz dumac! Stalo sie i juz! Szkoda troche toyoty, ale najwazniejsze, ze nic nam sie nie stalo i ostatecznie do zmierzchu dotarlismy do domu.
Na pieszo, a nie motorem
Na miejsce celebracji calego Triduum Paschalnego przydzielono mi ponownie wioske Marofototra. Mialem rzeczywiscie jechac tam motorem, ale widzac ilosc wymaganych przygotowan co do liturgii, podjalem decyzje, ze pojde na pieszo, by zyskac tym sposobem pomocnika, ktorym okazal sie Derick – jeden z naszych seminarzystow z Fianarantsoa (wszyscy przyjechali na ten czas do Mananjary i zostali rozdzieleni po dystryktach, w ktorych pracujemy). Tak wiec motor odpadl, bo we dwojke z bagazami i przy tamtej slynnej drodze, nie ujechalibysmy chyba kilometra bez wypadku.
Droga na pieszo, tzn. na skroty; czyli 5h dobrego marszu. Ruszylismy z Wielki Czwartek z rana okolo 6:30. Naszym przewodnikiem byl Gisi – mlody silny gosc okolo 30 lat. No jak wyrwal to po 15 min. zorientowalem sie, ze czeka nas niezly maraton. Postanowilem jednak nie zwalniac i sprobowac dotrzymac tego tempa. Nie minelo 30 min. drogi i nasze skroty zaczely obnazac swe sekrety. Doszlismy do znacznej rzeki i tu droga sie konczyla. Spojrzalem na Derika i jego usmiechem oznajmil mi, ze sie nie myle i trzeba przejsc przez rzeke. Nikt nie mowil o takich przygodach, ale przeciez nie pytalem. To ja tu uwazalem, coby w blota nie wchodzic i nie zamaczac niepotrzebnie nog, a tu do pasa trzeba sie zanurzac. Ostatecznie wyszukali dobre miejsce i przeprawilismy sie bez problemu. Powiedzili mi, ze mamy szczescie, bo rzeka opadla i nie trzeba szukac pirogu. Po tej malej ochlodzie, ruszylismy dalej droga, ktora zaczela sie wznosic, by przecinac pasmo niewielkich (na szczescie) wzgorz. Gisi jednak nie zwalnial. Szlismy najczesciej waska sciezka, zakryta trawa siedajaca do lydek. Przy tym tempie troche bylo to uciazliwe, a i przy zejsciach czesto bylo slisko. Po godzinie drogi odkryl sie piekny pejzaz tutejszych niewielkich i soczyscie zielonych wzgorz.
Niespodzianki
Po ponad dwoch godzinach drogi dotarlismy do miejscowosci Ampasimbola i tam dowiedzielismy sie, ze czeka nas jeszcze dwie godziny dobrego marszu. Juz wtedy poczulem, ze nie wytrzymam takiego tempa. Tam tez okazalo sie, ze Gisi nie zna calej drogi, ale powiedzial, ze sie dopyta i dotrzemy, bo napewno trzeba isc na Zachod i wskazywal pewne wzgorza naprzeciw. Oby mial racje – pomyslalem! Po trzeciej godzinie marszu zaczalem odczuwac mocny bol w biodrach i w koncu poprosilem, by troche zwolnili.
Ze trzy miesiace nie robilem takich dluzszych tras, wiec nie bylo co sie szarpac na bohatera, tym bardziej, ze tego samego dnia czekalo nas sporo przygotowan do wieczornej liturgii. Nie obylo sie jednak bez malego zboczenia z trasy. Jakis podeszly Rangahy (starzec) pokierowal nas jakas sciezka, ktora wyprowadzila nas troche w kierunku Polnocy. Na szczescie Gisi zorientowal sie, ze cos nie gra i powrocilismy na dobra trase przecinajac polozone w dolinie ryzowiska.
Wspielismy sie pozniej na pewne wzgorze i zobaczylismy z daleka jakis niski domek z metalowym dachem. Derick oznajmil mi, ze to grobowiec mieszkancow Marofototra i juz wlasciwie jestesmy na miejscu. Tak ! Na miejscu ! To sie ucieszylem, ale do tego « na miejscu » potrzeba bylo isc jeszcze godzine ! Ta koncowka kosztowala mnie mala walke, gdyz bol w biodrach dawal sie we znaki. Brakowalo chyba smarowania, he. Jak to stara techniczna madrosc mowi : « Jak nie posmarujesz, to nie pojedziesz ». No roznie to ludzie interpretuja. Mi musialo starczyc troche wody i napotkane drzewo dojrzewajacych mandarynek. Orzezwiony ich smakiem i zapachem w koncu dotarlem do celu.
Przy drewnianym kosciele miesci sie domek dla misjonarza. Jak tam dotychczas docieralem, to najczesciej nikogo tam jeszcze nie bylo oprocz dwoch, trzech osob przygotowujacych posilek. To pozniej schodzili sie ludzi z nieco oddalonej (10min.) wioski. Zaskoczyl mnie jednak widok sporej grupy mlodziezy pracujacej przy oczyszczaniu trasy na droge krzyzowa. Przy domku ksiedza sporo doroslych, a to z powodu konstrukcji nowego domku obok. Wszystko to przez przyszla wizyte biskupa, ktory przybedzie tu w polowie kwietnia na duszpasterska wizytacje.
Wtedy to beda przy okazji zawarte sakramenty malzenstwa i udzielone chrzty. No milo bylo zobaczyc zaangazowanych wiernych tym bardziej, ze przy ostatniej mojej wizycie bylo sporo niedociagniec i brakowalo dobrej organizacji. Wszyscy zdziwili sie, ze przyszedlem na pieszo i to w dobrym czasie 4,5h. Kosztowalo mnie to jednak sporo wysilku. Na szczescie bylo jeszcze duzo czasu na wykapanie sie, mala drzemke przed i po posilku. O 14:30 rozpoczelismy przygotowania do celebracji Wielkiego Czwartku. Derick byl tu dla mnie wielka pomoca, gdyz od pierwszych chwil zaangazowal sie w przygotowanie procesji, znalezieniem uczestnikow. Ja z katechistami omowilem cala liturgie i przypomnialem o potrzebnych rzeczach. Musielismy jeszcze omowic program na Wielki Piatek tak, aby jeszcze tego samego dnia poinformowac wszystkich. Jak to w Wielki Czwartek, mialo byc obmycie nog przez kaplana (wiec kolejne przypomnienia). Mlodziez poprosilem o przygotowanie miejsca na przechowanie Najwietszego Sakramentu, jak rowniez miejsca na Adoracje po Mszy Swietej, kiedy to wszyscy czuwamy z Jezusem cierpiacym w ogrodzie oliwnym « Getsemani ». Oczywiscie nie obylo sie bez pewnych wskazowek, ale spisali sie niezle i przygotowali na podwyzszeniu miejsce na korporal gdzie uwili niewielki prostokad z lodych pewnego drzewa i w niego powbijali kolce (takie szpile z innego krzewu). Wszystko to bardzo pomyslowo symbolizowalo cierpieniChrystusa. Nie mialem monstrancji, ale sprytnie zaadoptowalismy na nia liturgiczne naczynko do przenoszenia Komunii Sw. chorym.
Tu podziekowania dla mej wychowawczyni, Pani Jozefy Pliszczak, bo to wspanialy prezent od niej. Gdy juz wszystko bylo prawie gotowe rozpoczalem spowiadac gromadzacych sie wiernych. Nie bylo mozliwosci wyspowiadac wszystkich, poprosilem wiec po pewnym czasie katechiste, by oglosil, ze wszyscy (ktorzy sa uprawnieni i nie maja grzechu ciezkiego) moga podczas tej Eucharystii przystapic do Komunii Sw. pod warunkiem, ze wyspowiadaja sie na drugi dzien (Wielki Piatek). To byl szczegolny dzien, gdyz z okazji swieta ustanowienia Wieczerzy Panskiej udzielalem Chrystusa pod dwoma postaciami .Na szczescie jeszcze tego samego dnia, podczas adoracji z Jezusem w Ogrojcu, udalo mi sie wyspowiadac wszystkich obecnych, ktorzy tego jeszcze nie dopelnili.
Krzysztof Kolodynski, SVD-Madagascar 04. 2008 |